życie w szachu, czyli o „pozytywnych” traumach

Zdarzyło Ci się kiedyś utknąć w szachu typu: „muszę zostawać po godzinach, bo…”, „muszę pracować / działać / sprawdzać się…”, „muszę być miły dla innych…”, „muszę dobrze wyglądać…” etc.?

Złapałeś się kiedyś na tym, że odczuwasz wewnętrzny przymus do robienia rzeczy, które są postrzegane, jako pozytywne, ale na myśl o których masz dość, wkurzasz się i czujesz w trzewiach zbliżającego się pawia…?
Więc od czasu do czasu rzucasz to wszystko. Chcesz udowodnić sobie, że możesz, że to tylko kwestia decyzji – Twojej decyzji.
I co?
Wychodzisz z pracy o 11.00. Idziesz przez miasto, ale jakoś tak nie umiesz się tym cieszyć, bo jedyne, co czujesz, to niepokój… Jest 11.00. Przed południem! A Ty nie jesteś w pracy. NIC nie robisz!
Albo wracasz do domu z postanowieniem, że nie zajrzysz do komputera. Nie przejrzysz tej umowy. Nie odpowiesz na maile. Nie naniesiesz poprawek na… Idziesz do kuchni. Wciąż nie patrzysz na komputer. Rozmawiasz z mężem / żoną. Wciąż nie siedzisz przy komputerze… Może dziś obejrzycie wspólnie film? Oglądacie… O czym? Nie wiesz, bo w trakcie filmu wciąż nie siedzisz przed komputerem i do cholery wciąż nie odpowiedziałeś na te maile!

 

Dziś będzie właśnie o tym – o tzw. traumach pozytywnych.

 

Czym jest trauma pozytywna?

Cóż… to wciąż trauma 😉 Kiedy jesteś w obliczu sytuacji, która ją odpala, to odczuwasz wewnętrzny dyskomfort. Czy to będzie pieczenie w dołku, ucisk w klatce piersiowej, uderzenie gorąca, gula w krtani, wewnętrzne mrowienie, czy poczucie, jakby z Ciebie złaziła skóra, zależy tylko od Ciebie i od tego, jak Twoje ciało na tę traumę reaguje. To co z pewnością zauważysz, to to, że w obliczu sytuacji, która aktywuje tę traumę daleko Ci do zdrowej neutralności i wewnętrznego spokoju.

 

Co wobec tego jest w niej pozytywne?
Możesz mi wierzyć: absolutnie NIC!

 

Jakim cudem zatem ta trauma jest „pozytywna”?
Tutaj zaczyna się cała pokręcona zabawa.
Otóż trauma wcale nie jest pozytywna, jednak zachowania, które podejmujesz na skutek działania tej traumy są postrzegane, jako społecznie pożądane. Przez innych są traktowane, jako wartościowe. Może czasem sam też je tak oceniasz… No bo co może być złego w ciężkiej pracy, regularnym płaceniu rachunków, gotowaniu dla rodziny, sprzątaniu, ćwiczeniach fizycznych, miłych rozmowach podczas przyjęcia, czytaniu dobrych książek, chodzeniu z dziećmi na spacer, uczeniu się języków…? Nie ma w tym nic złego. Wręcz przeciwnie – znajdziesz setki osób, które Ci piątkę przybiją i powiedzą, jaki to z Ciebie bohater. Od czasu do czasu sam stajesz przed lustrem i w myślach lub na głos przekonujesz sam siebie, że przecież dobrze robisz, że tak trzeba, że to OK. Tylko dlaczego, kiedy nawet zaczynasz myśleć o tych zachowaniach, to masz dość, a jednocześnie odczuwasz do nich wewnętrzny przymus?

 

Po kolei…
Masz dość, lub odczuwasz cokolwiek innego poza zdrową neutralnością i wewnętrznym spokojem, właśnie dlatego, że ten lukier w postaci pozytywnie postrzeganych zachowań oblewa wielkiego, zgniłego, starego i śmierdzącego pączka. To co masz zamiar ugryźć, to żadne pyszne ciastko, tylko dawka trucizny, na myśl o której zbiera Ci się na wymioty i prawda jest taka, że nawet tona lukru tego nie zmieni.

 

Aby to zobrazować posłużę się konkretną historią.
Kobieta. Lat 30 i trochę. Ładna, zadbana, odnosząca sukcesy. Dusza towarzystwa. Ludzie cenią jej takt i umiejętność znalezienia się w każdej sytuacji. Jej obecność na imprezach firmowych, spotkaniach z ważnymi gośćmi, przyjęciach rodzinnych i innych tego typu akcjach, to gwarant sukcesu. Jednak kiedy ona sama o tym opowiada, to mówi wprost, że na każdej takiej imprezie czuje, jak z niej złazi skóra. Później przynajmniej dwa dni z rzędu jest rozbita, nie wspominając już o paskudnych migrenach. Ona sama nienawidzi small talk’ów. Mówi, że kiedy tylko pomyśli o tym, że cały wieczór będzie gadać o nic nieznaczących bzdurach, to jej się żołądek wywraca. Że na kolejne pytanie „jak tam?” ma ochotę odwrócić się na pięcie i wyjść. A jeszcze lepiej: odwrócić się na pięcie; zrobić kilka kroków; przystanąć; odwrócić się ponownie; wrócić; stanąć przed pytającym i powiedzieć, że nie będzie więcej wydatkować swojej energii na pierdoły i gadanie o niczym, że woli ją spożytkować na coś, co ma o niebo większy sens, a co w tej sytuacji oznacza, że spożytkuje ją na umycie zębów, że właśnie żegna rozmówcę i o ile ten nie ma jej nic ważnego do powiedzenia, to ona już więcej rozmawiać z nim nie będzie; odwrócić się ponownie; wyjść zamaszyście; trzasnąć drzwiami; roześmiać się w głos tak, aby wszyscy słyszeli; odtańczyć dziki taniec; położyć się spać z uśmiechem… Zamiast tego na pytanie „jak tam?” odpowiada: „dobrze, a co u ciebie?” i czuje jak grzęźnie w rozmowie i jak złazi z niej skóra…
Kiedy szuka i sprawdza, w jakich jeszcze momentach ma takie odczucie, to pierwsza (historycznie) sytuacja, jaką sobie przypomina dzieje się eony temu, kiedy ona ma może 4 lata. Razem z rodziną jest w odwiedzinach u dziadka, za którym nie przepada. Bywa tu rzadko. Nie rozumie tego, ale ma wrażenie, że rodzice też za tym dziadkiem nie przepadają. W ogóle jest tak sztywno, dziwnie i niemiło. Jednak kiedy wyjeżdżają, to mama chce, żeby ona pocałowała dziadka na pożegnanie. Mama sama się przed tym gestem wykręciła (choć to jej tata), ale mówi córce, że tak trzeba, że tak jest grzecznie, że dziadek to rodzina, że przecież ona jest miłą dziewczynką… Więc całuje dziadka. Niechętnie. Wbrew sobie. Czuje, że jest cały spocony i leje się z niego. To tylko szybki buziak, ale wcale niechciany; w pokoju, w którym czuć jedynie stęchliznę. Jej reakcja to odraza i to uczucie, jak złazi z niej skóra… jak zdradziła samą siebie… jak ci, którzy mają ją chronić (rodzice) zmusili ją, by działała wbrew sobie…
Kilka lat późnej, kiedy w telewizji gości koło fortuny i znajomi ze śmiechem dodają w różnych sytuacjach „Magda, pocałuj pana”, to ona jest jedyną, której nie jest do śmiechu. Ten żart nie jest dla niej żartem. Ten żart ją oskórowuje… Ale wystarczy, że raz czy dwa razy się nie zaśmiała i widziała spojrzenia znajomych… Więc się śmieje… Dalej złazi z niej skóra, ale przecież żadna inna krzywda się nie dzieje, więc po kilku tygodniach sama już potrafi w różnych sytuacjach rzucić niby beztroskim „Magda, pocałuj pana”.
Teraz jest tak samo. Wewnętrznie tęskni za rozmowami, które mają znaczenie. Za prawdziwym dialogiem. Za przepływem myśli i uczuć, Za wymianą. Za rozmową, która buduje ją i rozmówcę, która zmienia ich nawzajem i świat dookoła. Tymczasem z uporem maniaka, jakby wszechświat się przeciwko niej sprzysiągł, ląduje w znienawidzonych small talk’ach. I raz za razem zdradza siebie… i złazi z niej skóra.
Dlaczego zatem nie odwróci się na pięcie i nie wyjdzie? Jak to?! Przecież wychowani, dorośli ludzie tak nie robią. Przecież gdyby tak zrobiła, to nikt nie chciałby jej na żadnej imprezie. Gorzej: ludzie udawaliby – jedni lepiej, inni gorzej – że ją lubią, ale za jej plecami mówiliby swoje…

 

Tak oto dochodzimy do kolejnego puzzla tej układanki.
Z jakiego powodu ludzie jednak grzęzną w swoich „pozytywnych” traumach i raz po raz odgrywają to samo przedstawienie? Jak to się dzieje, że mimo, iż żołądek im się wywraca na myśl o zrobieniu czegoś „dobrego”, to czują wewnętrzny przymus robienia tego?

 

czyżyk

Dzielę się wiedzą i doświadczeniem, bo pamiętam moment, kiedy po kilkunastu latach intensywnej pracy rozwojowej życie pokazało mi że tę olbrzymią pracę "transformacyjną", jaką zrobiłam, mogę sobie między bajki włożyć... Pamiętam frustrację, kiedy każdy atom mnie wrzeszczał, że chce zmiany, ale narzędzia okazywały się niewystarczające (a miałam ich na wtedy już całe mnóstwo). Tak trafiłam na Life Flow. Dziś się nim z Tobą dzielę, bo po sobie i Ludziach, z którymi pracuję, wiem, że warto :) Jeśli moja wiedza pomoże Tobie lub komuś innemu uniknąć takiego testu, jaki ja przeszłam, to choćby sama ta świadomość powoduje, że promienieję :D Ty też się ze mną podziel :D Napisz mi poniżej, co myślisz o tym artykule :) Co Ci pokazał? Jak Cię zaskoczył (a może wcale nie...)? Co było w nim dla Ciebie najbardziej ciekawe? Twój komentarz jest dla mnie istotny :D