2

rycz Mała, rycz… czyli o jednym błędzie, który przysparza Ci więcej cierpienia niż wszystkie inne razem wzięte

Początkiem stycznia zaprosiłam Czytelniczki, które czują się jak magnes na niewłaściwych facetów, do wypełnienia ankiety. Jeśli poczułaś, że temat dotyczy Ciebie i wypełniłaś ankietę, to dziękuję 😀

W bardzo krótkim czasie ankieta zebrała ponad 200 wypełnień i głosy, jakimi się ze mną w niej dzielicie, wciąż rosną. Jestem za to bardzo wdzięczna 😀

Dodatkowo Wasz odzew pokazuje mi, że temat tworzenia relacji z właściwym partnerem jest dla Was ważny. W podziękowaniu siadam do opisania rozwiązań na najczęściej uwypuklone w ankiecie bolączki.

 

Zacznę od MITU, który pokutuje w rozwojowym światku, nie tylko w kontekście związków…

MITU, który (jeśli w niego uwierzysz) przysparza więcej cierpienia, niż wszystkie inne razem wzięte

Jakieś pomysły?

Może zatem mała podpowiedź Kabaretu Hrabi:

 

 

Ten mit funkcjonuje w kilku odsłonach i może się ukrywać za kotarą różnych przekonań. Pozwól, że przytoczę Ci kilka wypowiedzi zebranych w ankiecie tak, aby zobrazować jaśniej, co mam na myśli:

 

„Właściwy partner, to podobno jest ten, którego wybrałyśmy. Z jakiegoś powodu własnie ten jest właściwy. Ma nam coś pokazać, pomóc nam coś uleczyć.”

 

„Każdy ma takiego partnera, na jakiego zasługuje. Moi partnerzy bywali różni i z perspektywy czasu widzę, że każdy z nich był moim lustrem. Jak coś w sobie zmieniałam, to mój kolejny związek był z „lepszym” partnerem. Jak patrzę na historię moich związków, to widzę, że jest coraz lepiej, ale też niepokoi mnie to, co pokazuje mi obecny partner. Ja już z tym pracowałam, ale ten wzorzec wciąż jest obecny, więc chyba muszę jeszcze głębiej poszukać w sobie.”

 

„Mój Ukochany jest moim Bliźniaczym Płomieniem. Na początku zupełnie o tym nie wiedziałam, ale odkąd zaczęłam się rozwijać i jak porównałam naszą historię, to wszystko stało się jasne. Ja i on mamy za sobą wiele doświadczeń, ale mimo, że byliśmy z innymi partnerami nigdy tak naprawdę nie przestaliśmy być ze sobą. Ja kiedyś uciekałam przed nim i od niego. Teraz jestem na takim etapie, że jeśli nie związek z nim, to żaden inny. Spokojnie czekam. On co prawda ma żonę i dzieci (moje dzieci są sporo starsze niż jego). Nie spotykamy się ze sobą od dwóch lat. Ja jednak wiem, że kiedyś będziemy razem. On powoli do tego dojrzewa. Nawet jak się ze sobą fizycznie nie spotykamy, to rozmawiamy ze sobą i piszemy do siebie, więc czuję, że w jego życiu też nastąpi taki przełom, jak kiedyś w moim i wówczas będziemy znowu mogli być razem. Obecnie już zamknęłam się na wszystkich innych partnerów – kiedyś przyciągałam samych niewłaściwych, teraz spokojnie czekam na tego właściwego. Jedynym wyzwaniem będzie dla nas zbudować dobry związek, bo bywały czasy, kiedy nawzajem się raniliśmy. Wiem na pewno, że on ma obawę, że mogę skrzywdzić go znowu.”

 

„Jestem po rozwodzie, po długim toksyczny związku i chciałabym, aby w naturalny sposób pojawił się mężczyzna, z którym stworzę zdrowy związek. Mam nadzieję, że toksyczne wzorce zostały przepracowane. (…) Mam świadomość, że coś się czyści, ale to bardzo boli. Mało z tego rozumiem. Jestem po trudnym rozwodzie i znowu trauma :(„

 

„Wiem, że wszystkie doświadczenia, to nasze życiowe lekcje… Rzecz w tym, że moje były bardzo trudne i bolesne, a końca jakoś nie widać… Wszyscy moi partnerzy prędzej lub później pomiatali mną, wykorzystywali mnie, traktowali jak diwę seksualną i pomoc domową w jednym – na wszystkie swoje zachcianki. Zawsze też musiałam stawać na wysokości zadania i być finansową podporą. Zawsze było za mało. Mam już dosyć psychicznej przemocy. Takie lekcje życiowe mam przez całe życie 🙁 One uczą mnie tylko, że to zupełnie nie ma sensu. Lepiej już być samą, nawet jeśli wieczorami nie ma się do kogo odezwać. Nikt przynajmniej na mnie nie naskoczy w najmniej spodziewanym momencie :(„

 

 

Generalnie chodzi o to, że jeśli wierzysz w którąkolwiek z tych bajek, to może Ci się wydawać, że doświadczasz związkowego rollercoastera na swoje własne życzenie… np. dlatego, że potrzebujesz coś zauważyć o sobie, lub to „przepracować”, albo dlatego, że wybrałaś drogę rozmijania się ze swoim ukochanym przez większość życia, bo ostateczne połączenie między Wami będzie dzięki temu cukierkowo słodkie i na zawsze… albo dlatego, że takie karmiczne doświadczenia Twoja Dusza dla siebie i Ciebie zaplanowała…

 

Jeśli bardzo gada do Ciebie ten zestaw przekonań, to może Ci się nawet wydawać, że partner, który na Tobie żeruje i Cię krzywdzi, tak naprawdę wyświadcza Ci przysługę, bo rzekomo jest Twoim nauczycielem… Istny syndrom Sztokholmski!

 

Najchętniej w odpowiedzi na te mity napisałabym po prostu: gówno prawda! Niestety nie mogę tak zrobić – i to nie przez niecenzuralne określenie 😉

 

Nie mogę tak napisać, bo to jedynie półprawda… Dlatego, jeśli nawet wydaje Ci się, że na jakimś planie, czy w jakimś wymiarze, Twoja dusza umówiła się na gówniane doświadczenia życiowe, to najwyraźniej nie przeczytałaś tej umowy do końca. A już na pewno nie czytałaś tekstu z gwiazdką… Tak tego, przy którym trzeba było poszukać lupy (a jeszcze lepiej mikroskopu)!

Zacznijmy więc od początku:

 

 

Czy możliwe jest uwolnienie się od obciążającego wzorca lub programu poprzez samo doświadczenie życiowe?

 

Odpowiadając na to pytanie sparafrazuję mądrzejszych od siebie i powiem, że doświadczenie nie jest tym, co Ci się w życiu przydarza, ale tym, co dokładnie robisz z tym, co Ci się przydarzyło…

 

Idąc dalej: tak, możesz uwolnić się od konkretnych wzorców i programów wykorzystując sytuacje z życia. Jest jednak jeden podstawowy warunek (ten z gwiazdką). Aby konkretna sytuacja miała dla Ciebie moc uzdrawiającą i uwalniającą MUSISZ być w tej sytuacji na 100% – w pełnej uważności, w pełni siebie i w sobie, w tu i teraz, w pełnym swoim świetle i mocy, z miłością…

 

Czy jest to możliwe?

 

Jest.

 

Ten motyw towarzyszy nam od tysięcy lat. Jest opisywany w różnych kulturach i na różny sposób. Wiedziała o nim Śpiąca Królewna, Baba Jaga, Dziewczyna bez rąk, a także Psyche i Persefona. Wiedzą o nim szamani zakopujący delikwenta w Ziemi. Wokół tego motywu kręci się niejedna religia…

 

Zawsze chodzi w nim o to, że trudna sytuacja, olbrzymia trauma, czy coś co Cię deprymuje, prowadzi do kryzysu, inicjacji lub „śmierci”. Schodzisz w ciemność i w pełni w niej jesteś – na 100% w epicentrum bólu. To pozwala Ci odzyskać moc – wskrzesza Cię i odmieniona wychodzisz z przeklętych odmętów…

 

Można? Można.

Bułka z masłem? Niekoniecznie… bo aby w ten sposób uwolnić się od wszelkich obciążających programów musiałabyś się na taką podróż decydować w każdej sekundzie swojego życia. Zawsze w tu i teraz. Zawsze w sobie. Zawsze w epicentrum tego, co boli. Zawsze z mocą. Zawsze z leczącą intencją…

Generalnie… powodzenia!

 

To jest cholernie trudna droga i przy obecnym obciążeniu Ludzkości traumatycznymi programami, większość Ludzi nie jest w stanie tego zrobić (niech podpowiedzią będzie to, że wokół tych, którzy to zrobili na szerszą skalę, urastają święte opowieści, a nierzadko całe religie…).

 

Zdecydowana większość Kowalskich i Malinowskich potrafi się na taką podróż zdecydować od czasu do czasu i to zazwyczaj dlatego, że wie po co to robi (i robi to dla czegoś większego!). Jedni jadą wówczas np. na vipassanę, a inni doświadczają tego przy łóżku chorego dziecka i wówczas wchodzą w siebie dla niego nawet jeśli cholernie boli…

 

Zazwyczaj jednak dzieje się tak:

 

Zazwyczaj instynkt samozachowawczy i całe spektrum mechanizmów obronnych sprawiają, że po takim doświadczeniu Człowiek robi wiele, by na co dzień takiego bólu i cierpienia nie odczuwać. Wychodząc z siebie, tracąc uważność, zawieszając się na przyszłości lub przeszłości, szukając winnych na zewnątrz itp. teoretycznie chroni siebie, ale też traci możliwość wykorzystania sytuacji życiowych do uwolnienia się od obciążeń, jakie w sobie nosi…

 

W takim przypadku najczęściej dzieją się dwa scenariusze:

 

 

#1 na twardziela

 

Twoje życie staje się nieustanną walką, a blizny i odniesione obrażenia – powodem do dumy. Ten scenariusz staje się szczególnie prawdopodobny, jeśli nosisz w sobie (a co gorsza pielęgnujesz) programy typu:

– życie jest ciężkie

– co Cię nie zabije, to Cię wzmocni

– jeśli nie boli, to nie jest warte starania

– trzeba walczyć itp.

 

PRZYKŁAD

Pracuję z kobietą, która z dumą mówi o sobie, że jest kobietą sukcesu (i ma wszelkie podstawy, by tak o sobie mówić i myśleć), a jednocześnie od lat boryka się z problemem nieudanych związków. Jej pierwsza młodzieńcza miłość (za którą wciąż wzdychała) zginęła w nieszczęśliwym wypadku motocyklowym. Później związała się z facetem, który po szkole średniej poszedł do wojska, więc studiując czekała na niego. Gdy wyszedł zaczął studia w innym mieście. Widywali się raz na dwa miesiące  i pielęgnowali związek na odległość. Dwa lata później przeprowadziła się i zamieszkali razem tylko po to, by się okazało, że zupełnie się nie znają i że jak się poznają w zwykłej codzienności, to jednak nie mają ochoty dzielić ze sobą życia. Później jakiś czas była sama, aż poznała faceta, który szturmem podbił jej serce. Okazało się jednak, że z równą charyzmą podbijał serca innych kobiet. Nauczona doświadczeniem na męża wybrała faceta stabilnego, spokojnego, który nie lubił zabaw i tłumów, nie potrzebował być na świeczniku, nie działał brawurowo, tylko „odważnie, ale ostrożnie kalkulując wszelkie ryzyko”, zadeklarowanego monogamistę, którego wcześniej dobrze i gruntownie poznała. Ich związek był spokojny, ułożony i bez większych fajerwerków. Już pod koniec pierwszego roku małżeństwa, jej mąż (zachęcany i silnie przez nią motywowany) zmienił pracę – zarabiał więcej, cieszył się wyższym prestiżem, pracował w firmie, której klimat bardziej mu służył i… widywali się weekendowo, bo inaczej musiałby codziennie dojeżdżać ponad 400 km. Po kilku latach zauważyła, że ma tolerancję na męża dokładnie 1,5dzienną. Wystarczyło, że mąż dłużej przebywał w przestrzeni, jaką definiowała za swoją i miała ochotę go spakować, po czym wystawić za drzwi wszystkie walizki. Sama o sobie mówiła, że funkcjonowała, jak żona marynarza. Ich małżeństwo naturalnie się rozmyło przez lata takiego bycia obok siebie i nie ze sobą. W pewnym momencie powiedzieli sobie, że żadne z nich nie ma ochoty i energii, by je naprawiać. Ona twierdziła, że gdyby ich więcej łączyło na gruncie wspólnych zainteresowań, to nie dość, że walczyłaby o ich związek, to jeszcze wspólne pasje cementowałyby ich ze sobą. Dlatego teraz jest w związku z mężczyzną, który dzieli te same zainteresowania. Poznała go na gruncie zawodowym. Rozumieli się bez słów. Kończyli swoje zdania. Mają te same cele. Szybko zaczęli ze sobą współpracować. Stworzyli wspólny biznes i zaczęli też ze sobą być. Przez długi czas myślała, że właśnie tak wygląda zgodny związek Ludzi, którym zależy na tym samym. Teraz jednak dochodzi do wniosku, że każde z nich tak bardzo zaangażowało się w pracę, że ona nie ma związku – ma spółkę i partnera biznesowego…

 

Piszę o tym, bo tak zazwyczaj wygląda scenariusz „na twardziela”. Kobieta, o której piszę nie dała się złamać. Bywało trudno, ale po prostu wyciągała wnioski i dbała o to, by już więcej nie popełnić podobnego błędu. Jak przekonała się, że głupia brawura partnera prowadzi do cierpienia, to zadbała o to, by żaden z jej kolejnych partnerów nie miał do niej ciągotek. I tak za każdym razem. Walczyła o swoje lepsze życie, lepszy związek, lepsze jutro. Zawodowo odniosła duży sukces. Osobiście – na polu związków męsko-damskich – nie zauważyła, że jej strategia wyciągania wniosków i wybierania mądrzejszych partnerów, to walka z wiatrakami…

 

Z bardzo prostej przyczyny – to nie z tym miała się zmierzyć. Jej każdy związek, jak i okres w którym była sama, niósł w jej życiu zawsze to samo. Silny program „jestem sama”, „zostanę sama”.

 

Kiedy zaczęłyśmy ze sobą pracować. Kiedy zaczęła sprawdzać w sobie, co tak naprawdę czuła w różnych trudnych sytuacjach związkowych; co podskórnie wiedziała, kiedy wybierała kolejnego partnera, to ze zdziwieniem odkryła, że zawsze wiedziała, jak to się skończy… Zawsze wiedziała, że zostanie sama. Odkryła też, że im dłużej trwał jej związek, tym bardziej miała poczucie, że z partnerem czuje się bardziej samotna, niż gdyby go nie było…

 

Dlatego póki sobie nie uświadomisz programu, jaki tak prawdę realizujesz i póki się od niego nie uwolnisz, to możesz popełniać te same życiowe błędy, co kobieta, o której Ci opowiedziałam. Jesteś wówczas, jak Syzyf. Nie ma znaczenie, czy zdecydujesz się wpychać kamień plecami, w podskokach, zapierając się, używając dźwigni, wężykiem, czy też jeszcze na 117 sposobów. To nie sposób wtaczania kamienia jest problemem… Uwolnij się od kamienia!

 

 

#2 rycz Mała, rycz

 

To uwalnianie się od metaforycznych kamieni jest istotne… Nie każdy ma konstrukcję Syzyfa. Nie każdy z dumą będzie wchodził w kolejne trudności. Nie każdy na dźwięk łamanego serca zatrze ręce i powie sobie „Przygoda. Przygoda!”

Dla wielu osób powtarzanie tych samych błędów ubranych w inny kubraczek, kończy się po prostu tym:

 

Co tu więcej pisać? W tym scenariuszu kolejne trudne sytuacje, po prostu łamią Człowieka 🙁 i nie ma co liczyć na happy end.

 


 

 

Dlatego jeśli już chcesz pielęgnować w sobie mit lekcji życiowych, przerabiania różnego rodzaju gówna i dla jakiś przekłamanych, „duchowych” fiu-bździu chcesz wierzyć, że Twoja dusza rzeczywiście wybrała sobie taką gehennę, to przynajmniej:

  1. Przeczytaj umowę od deski do deski i zwróć uwagę na tekst z gwiazdką
  2. Jeśli potrafisz i chcesz to zdecyduj się na doświadczanie całego tego syfu, na który podobno masz zgodę, w pełnej obecności, uważności, w mocy, świetle, z miłością i intencją leczniczą (w każdej sekundzie życia!)
  3. Wybierz sposób uwolnienia się od całego tego obciążenia łatwiej i szybciej (wybierz taki, który do Ciebie najbardziej gada – to, że ja wybrałam Life Flow, nie oznacza, że to też musi być Twoja ścieżka…)

 

 

Oki, teraz jak zaadresowałam ten pokutujący tu i ówdzie mit, to z czystym sumieniem będę Cię mogła zaprosić do kolejnego artykułu z serii 😉 Przeczytasz w nim:

  • o obrazie związku do którego Cię ciągnie
  • o tym, jak odróżnić, czy ten obraz kreujesz w zgodzie ze sobą i z pozycji swojej czystej mocy, czy też z miejsca obciążonego różnymi programami
  • jak uzdrowić melancholijną tęsknotę za „idealnym związkiem” jeśli jest ona powodowana traumą, czy obciążeniem

 

 

czyżyk

Dzielę się wiedzą i doświadczeniem, bo pamiętam moment, kiedy po kilkunastu latach intensywnej pracy rozwojowej życie pokazało mi że tę olbrzymią pracę "transformacyjną", jaką zrobiłam, mogę sobie między bajki włożyć... Pamiętam frustrację, kiedy każdy atom mnie wrzeszczał, że chce zmiany, ale narzędzia okazywały się niewystarczające (a miałam ich na wtedy już całe mnóstwo). Tak trafiłam na Life Flow. Dziś się nim z Tobą dzielę, bo po sobie i Ludziach, z którymi pracuję, wiem, że warto :) Jeśli moja wiedza pomoże Tobie lub komuś innemu uniknąć takiego testu, jaki ja przeszłam, to choćby sama ta świadomość powoduje, że promienieję :D Ty też się ze mną podziel :D Napisz mi poniżej, co myślisz o tym artykule :) Co Ci pokazał? Jak Cię zaskoczył (a może wcale nie...)? Co było w nim dla Ciebie najbardziej ciekawe? Twój komentarz jest dla mnie istotny :D

2 Comments

  1. Czy artykuł mnie zaskoczył? Pewnie! Aż trudno uwierzyć,że to w końcu ktoś napisał.
    Moniko, jesteś wielka!!! Pełen szacun za PRAWDĘ i odwagę w jej propagowaniu.
    Właśnie ja przez wiele lat: pielęgnowałam w sobie mit lekcji życiowych, przerabiałam różnego rodzaju gówna i dla jakiś przekłamanych, „duchowych” fiu-bździu wierzyłam, że moja dusza rzeczywiście wybrała sobie gehennę. Akceptuj wszystko i wszystkich, … taki twój los… twoja życiowa lekcja… inni cię krzywdzą, żeby Ci pokazać… pomóc ci się rozwinąć… powiedz TAK…. i mnóstwo innego szajsu. I było coraz gorzej. I gorzej. I jeszcze gorzej. Kilka lat temu powiedziałam NIE! Zaczęłam mówić NIE ZGADZAM SIĘ. Na ból, na cierpienie, na jakieś obciążenia karmiczne, a przede wszystkim na wmawianie mi, że to ja jestem beznadziejna, bo nie potrafię zaakceptować… nie przerobiłam lekcji…… nie jestem gotowa…itp itd. Są efekty.
    Niestety, internet, książki, pseudoterapeuci propagują masowo to „duchowe” badziewie o nieprzerobionych lekcjach. A jeśli terapia nie pomaga, to najczęściej komentarz: nie jesteś jeszcze gotowa. Mówiono mi to. Naprawdę. Takie zdania czytałam też na forum grupy hellingerowskiej; jego ustawienie nie dało rezultatów, bo ON NIE BYŁ GOTOWY. Czy można NIE BYĆ GOTOWYM na miłość, szczęście, radość wolność i wszystko, co najlepsze?! Czy to w ogóle jest możliwe? Przecież nam to się to po prostu należy. To powinien być nasz naturalny stan.
    Wielkie dzięki Moniko za ten artykuł.
    Pozdrawiam bardzo, bardzo.

Skomentuj