obalamy mity na temat pasożytów energetycznych, demonów i bytów wszelakich

Dlaczego zatem w większości przypadków się nie dzieje? Dlaczego człowiek, nawet, kiedy chce, nie uwalnia się od tak? Otóż omnipotentna komórka macierzysta większości ludzi widzi w pasożytach… części siebie 🙁

Dzieje się tak z kilku powodów:

  • po pierwsze dlatego, że komórka ma zaburzone rozpoznawanie tego, co jest swoje, a co obce. Gdyby miała jakiekolwiek doświadczenie w tym, jak to jest żyć bez tego g…., to by wiedziała, jak wygląda zdrowy stan. Jednak, (o zgrozo!), rodzice, dziadkowie i babcie oraz dalsi przodkowie większości ludzi sami byli zainfekowani tymi pasożytami. To w praktyce oznacza, że w każdym momencie rozwojowym, nawet najmniejsza drobinka tych ludzi, zawsze stykała się ze środowiskiem pełnym pasożytów. Z tego powodu ich komórki macierzyste nie znają zdrowego stanu, a pasożyty traktują, jak normę 🙁
  • po drugie dlatego, że komórka czasem wykorzystuje pasożyty do swoich celów (jednymi pasożytami zatyka dziury zrobione przez inne szkodniki, część pasożytów wykorzystuje po to, by mieć większy wpływ na innych ludzi, a dokładniej na ich pasożyty, które to wpływają na tych ludzi etc.)
  • po trzecie ponieważ cała rodzina bliższa i dalsza też się z tym badziewiem boryka… Tutaj odzywa się źle pojęta solidarność rodowa (to jest akurat zapisane w traumach i obciążeniach rodowych, ale o tym innym razem).
  • po czwarte ze względu na pamięć ciała i specyficzne sklejki, jakie podczas życia człowiek w sobie zakodował, np. dla części osób konkretne pasożyty oznaczają przepustkę do wybranych emocji. Mechanizm tej asocjacji jest z deka bardziej skomplikowany i możliwe, że się kiedyś zabiorę do jego opisania na tych stronach. Na teraz po prostu powiem, że dla tych asocjacji, przyzwyczajeń i lgnięć wszelakich, część osób nie może się pasożytów omnipotentnej komórki macierzystej pozbyć.

 

Wszystko, co opisałam powyżej kręci się wokół prostego schematu: w człowieku mieszka badziewie i szkodzi mu na różne sposoby, człowiek o tym nie wie i żyje w „błogiej” nieświadomości (choć daleko do błogości temu, w czym na co dzień przebywa…), a nawet kiedy się otrząśnie i zechce poprawić sobie życie, to kręci się w kółko, bo wiele z metod po jakie sięga, nie dociera do źródła i nie ma sposobu na to, by się uciążliwych pasożytów omnipotentnej komórki macierzystej pozbyć. Tak dzieje się najczęściej.

 

Czasem jednak dzieje się ciekawiej. Czasem zaczyna się jazda bez trzymanki!

 

Otóż bywa tak, że człowiek czuje, iż coś jest nie tak. Ma trzewiowe przekonanie, że coś go atakuje, zżera, zabiera mu energię, szkodzi mu itp. Nie ma jednak pojęcia, co to jest. Z formalnego punktu widzenia wszystko dookoła wygląda „normalnie” i spokojnie, ale wewnętrznie człowiekiem targa niezachwiane przekonanie, że nie jest bezpieczny, że wokół czyha „zło”…

 

Większość obecnie żyjących ludzi nie ma dostępu do widzenia wewnątrz tkanek i komórek. Dlatego, mimo że zgodnie z prawdą, część ludzi wyczuwa, że coś jest nie tak, to nie potrafi wskazać i nazwać, co za szkodnik ich zżera (i miesza przy okazji w inny sposób tak w ich zdrowiu, relacjach, emocjach, jak i sposobie myślenia). Jedynie promil ludzi przyjmuje stan taki, jak go odczuwa (wiadomo, że coś jest nie tak i nie wiadomo co). Zdecydowana większość nie toleruje takiej niepewności. Dlatego znajduje sposoby, aby sobie z nią poradzić. Wśród ludzi dominują dwa główne mechanizmy ogarniania tego wewnętrznego, niepewnego pomieszania…

 

Niektórzy projektują zagrożenie wewnętrzne na ludzi z ich zewnętrznego otoczenia. Przez to ameba „rzygająca” w omnipotentnej komórce macierzystej przestaje być bezosobowym, niezdecydowanym „czymś”, które szkodzi. To nie-wiadomo-co w końcu przybiera ludzką twarz! Od teraz wiadomo, że to nie „coś”, ale Iksiński spod czwórki! Ten sukinkot od zawsze tak dziwnie się patrzył… Pewnie cały czas śledzi i knuje. Chce zrobić krzywdę. Może porwać? Może zabić? A ostatnio szedł z plecakiem tak dziwnie wypchanym… Czy to możliwe, że już kupił broń? Może jeszcze jest na etapie podglądania? O cholera! To wybrzuszenie wyglądające jak luneta, to może być celownik optyczny! Ale może to po prostu była luneta lub teleskop, a ten chory zboczeniec wciąż się zaczaja?

Cóż… witaj w świecie paranoi.

Paradoksalnie dla niektórych paranoja jest bezpieczniejszym rozwiązaniem, niż permanentne wyczuwanie wewnętrznego zagrożenia i mierzenie się z ciągłą niepewnością…

 

Konkretny przykład obrazujący ten mechanizm radzenia sobie z percepcją wewnętrznego, odpasożytowego zagrożenia? Proszę bardzo.  Kobieta po trzydziestce. Młoda mama przebywająca na urlopie wychowawczym. Przed ciążą bardzo aktywna życiowo i zawodowo. Roześmiana. Ciekawa świata i ten świat zdobywająca. Po ciąży? Kłębek nerwów. Żyjąca w ciągłym zagrożeniu i niepokoju o dziecko. A dokładnie o to, że inni dorośli je skrzywdzą. Ta obawa dotyczy szczególnie mężczyzn. Jeszcze w trakcie ciąży rozstała się z partnerem, bo wiedziała, że ten zagraża dziecku. Ponieważ po wszystkich aferach tata dziecka trzyma się z daleka i nie udziela rodzicielsko, to przynajmniej z tym jest spokój. Dziadkowie (zarówno tata, jak i teść), którzy od czasu do czasu zajmują się jej dzieckiem są najgorszym zagrożeniem. To hipokryci, którzy oszukują całą rodzinę. Przedstawiają się, jako kochający i opiekuńczy, podczas gdy – tak naprawdę – karmią się jej dzieckiem, jego niewinnością, roześmianą buzią i naiwnością. Okradają je z energii. Teraz jeszcze tego nie widać, ale jeśli nie będzie uważać, to dziecko – okradzione z energii – zacznie chorować, uschnie, zapadnie się w sobie, a może nawet umrze… Z dziadkami jest najgorzej, bo oni bezwstydnie karmią się energią dziecka i mają do niego dostęp, ale każdy dorosły stanowi zagrożenie. W takiej rzeczywistości nie można wrócić do pracy. Nie da się! Kilka godzin w pracy, to kilka godzin braku kontroli nad tym, kto i jak robi dziecku krzywdę. Wizja żłobka lub opiekunki to horror i koszmar spędzający sen z powiek. Dochodzi do tego, że jedyny scenariusz, w którym możliwy jest powrót do pracy, zakłada: jedną opiekunkę, mieszkanie naszpikowane kamerami i mikrofonami oraz zdalny monitoring 24/7. Tylko kto zgodzi się na pracownika, który ciągle patrzy w monitor i sprawdza, co dzieje się w jego mieszkaniu?

 

 

Tak wygląda rzeczywistość, którą ta kobieta sobie w głowie kreuje. To specyficzna obróbka i racjonalizacja tego, co ona czuje na poziomie omnipotentnej komórki macierzystej. A jak wygląda ta sama rzeczywistość subkomórkowa? Otóż w tym konkretnym przypadku doszło do zaburzenia jednego z wczesnych wydarzeń rozwojowych. Na mikrosekundy przed zapłodnieniem, u mamy, zachodzi wiele, bardzo ważnych procesów. Ich szczegóły nie są istotne dla tematu, o którym obecnie piszę, więc tylko ogólnie powiem, że w jej omnipotentnej komórce macierzystej budują się zaczątki świadomości przyszłych wnuków i wnuczek. Kiedy komórka macierzysta jest oblegana przez pasożyty, to część z nich traktuje wzmożoną produkcję komórki, jak zaproszenie na obiad. Pasożyty bezwstydnie zjadają drobiny, które kiedyś, w przyszłości miały być kolejnymi pokoleniami, przyszłymi członkami rodu tej kobiety. Niestety podczas ciąży kobieta, o której piszę, nie tylko „odpamiętała” sobie własną traumę z tego wczesnego momentu rozwojowego (kiedy to drobiny, które później stały się nią, prawie zostały zjedzone przez pasożyty), ale też na subkomórkowym poziomie musiała bronić przyszłych pokoleń przed żarłocznymi pasożytami, które chciały zjeść drobiny jej przyszłych wnuków… Obecnie w jej komórce wciąż te pasożyty są aktywne. Różnica polega jednak na tym, że teraz pamięć ciała łączy aktywność pasożytów ze strachem i zagrożeniem dla dziecka (przyszłych pokoleń). Żeby zracjonalizować sobie poczucie zagrożenia kobieta projektuje je na otoczenie (innych dorosłych, którzy mają kontakt z dzieckiem) i tak powstaje nam obraz paranoicznej rzeczywistości…

 

czyżyk

Dzielę się wiedzą i doświadczeniem, bo pamiętam moment, kiedy po kilkunastu latach intensywnej pracy rozwojowej życie pokazało mi że tę olbrzymią pracę "transformacyjną", jaką zrobiłam, mogę sobie między bajki włożyć... Pamiętam frustrację, kiedy każdy atom mnie wrzeszczał, że chce zmiany, ale narzędzia okazywały się niewystarczające (a miałam ich na wtedy już całe mnóstwo). Tak trafiłam na Life Flow. Dziś się nim z Tobą dzielę, bo po sobie i Ludziach, z którymi pracuję, wiem, że warto :) Jeśli moja wiedza pomoże Tobie lub komuś innemu uniknąć takiego testu, jaki ja przeszłam, to choćby sama ta świadomość powoduje, że promienieję :D Ty też się ze mną podziel :D Napisz mi poniżej, co myślisz o tym artykule :) Co Ci pokazał? Jak Cię zaskoczył (a może wcale nie...)? Co było w nim dla Ciebie najbardziej ciekawe? Twój komentarz jest dla mnie istotny :D