moja przygoda z life flow


Jak może miałeś okazję przeczytać, od 2000r. realizuję szkolenia i treningi rozwojowe. Z kolei od 2007 roku pracuję jako coach biznesowy (coachingowo pracuję głównie z menadżerami i przedsiębiorcami). Mogę spokojnie powiedzieć, że przez setki sesji coachingowych, jakie poprowadziłam, czasu i okazji do odkryć miałam co nie miara 🙂 

 

Generalizując wniosek z lat coachingowej pracy powiem, że doszłam do momentu, kiedy zauważyłam, że czasem, bez względu na to, jak skutecznych narzędzi użyję, jak głęboko będę pracować, to i tak poruszam się w jakiejś „szarej strefie”. Ludzie robią postęp, ale nie taki, jakiego oczekują. Po procesie sami określają, że mają efekt, ale po roku lub dwóch wracają do mnie z tym samym tematem (coachingowy efekt jojo). Jak ich posłuchać, to nie definiują tego, jako ten sam temat, bo w treści jest on czymś innym… Ja jednak słucham i wiem, że głęboko, na poziomie struktur i strategii to jest jądro tego samego tematu.

 

Widząc to, cały czas poszerzałam swój kuferek narzędzi coachingowych i szukałam złotej techniki… sięgałam po różne narzędzia, metody, podejścia itp. i żadne nie dawało mi takiego efektu, z którego, jako coach, mogłabym być w pełni zadowolona. Może to „chore” i pokazuje kawałek mnie, ale nie wystarczy mi, że Człowiek mi powie, iż ma efekt i że sobie rozwiązał to, co chciał. Ja chcę, aby on miał ten efekt prawdziwie i trwale tak, aby przepracował sobie temat u jego podstawy, a nie gdzieś na poziomie wierzchołka góry lodowej. To co jeszcze ja, jako coach chcę, to dawać ludziom narzędzia tak, aby mogli sobie później radzić sami i żeby nie musieli mnie szukać 😉 

 

Moje obserwacje zawodowe i coachingowe poszukiwania zbiegły się mocno w czasie z moimi wątkami prywatnymi… Dla tych, którzy nie wiedzą: od 2008r jestem szczęśliwą mamą 🙂 nawet podwójną 😀 Co więcej, kiedy na siebie patrzę, to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem przetrenowana na tysiące sposobów i zawodowe sytuacje mi pokazują, że komunikacyjnie (i nie tylko) potrafię rozwiązywać sytuacje, w których inni się nie czują i uważają je za trudne. Wiem, jak słuchać, by inni mówili. I wiem, jak mówić, by inni chcieli słuchać. Dodatkowo w moich wartościach są rozwój, szacunek, autonomia i wolność.  W kontakcie z moimi Szczęściami filozofia Marii Montessori jest mi bardzo bliska. Znam i zgadzam się z drogowskazami zawartymi w rodzicielstwie bliskości i porozumieniu bez przemocy. 

 

W związku z powyższym, póki nie miałam dzieci, uważałam, że będę rewelacyjną matką. Gdyby w 2007 ktoś mnie zapytał, jak widzę siebie, jako przyszłą rodzicielkę, powiedziałabym, że się już doczekać nie mogę i że – kto, jak kto – ale ja jestem najlepszym materiałem na mamę 😉

 

Kiedy moje Szczęścia przyszły na świat (a szczególnie, kiedy poczułam się z  nimi zostawiona sama), to szybko okazało, się, że w kontakcie z Maluchami realizuję paskudne kalki, które nabyłam w swoim własnym domu rodzinnym (wlekły się za mną agresywne wzorce, więc niejednokrotnie krzyczałam, groziłam itp. jednocześnie złoszcząc się na siebie, że to robię – przy mojej samoświadomości to było po prostu zabójcze!). I nie ma znaczenia, że w naszej polskiej rzeczywistości, ktoś patrzący na to z boku, powiedziałby, że tak się wychowuje dzieci, albo że to normalne – w swoich własnych oczach byłam potworem! Szczególnie sobie wyrzucałam, że przecież umiem i chcę inaczej, a mimo to „jest to ode mnie silniejsze” i „nad tym nie panuję”.

 

Jedyny plus tej sytuacji, jaki widzę po czasie, to fakt, że na własnej skórze przekonałam się, że z jednej strony można umieć (ja umiem) i można wierzyć (podejście wychowania w bliskości, szacunku i pielęgnowaniu autonomii, odpowiedzialności i budowaniu poczucia własnej wartości skleja się mocno z moimi wartościami), a jednocześnie zachowywać się, jak potwór. Może dla kogoś z zewnątrz, to co ja nazywam „potworem” jest naszą polską normą, ale nie dla mnie i dla standardów, jakie ja dla siebie i moich Dzieci chciałam kreować.

 

Tak oto moje zawodowe, coachingowe dylematy skleiły się z moją osobistą historią. Wnioskując z tych doświadczeń wiedziałam już, że przyczyna musi być gdzieś głębiej. Głębiej niż działa coaching (przynajmniej narzędzia dostępne dla coachingu właściwego) oraz głębiej niż działa niejedna terapia. Doskonale o tym wiedziałam, gdyż przez lata studiów psychologicznych i pracy zawodowej uczestniczyłam w niejednym treningu rozwojowym, terapii, superwizji czy procesie coachingowym, a mimo to paskudne kalki z domu wciąż zbierały u mnie żniwo…

 

Ponieważ relacja z moimi Szczęściami jest dla mnie najważniejszą na świecie, więc miałam dodatkową motywację, aby szukać w sobie i nie tylko. Sprawdzałam, co to jest „to coś głębiej” i jak to odkliknąć, żebym już zawsze ze spokojem mogła robić dokładnie to, co chcę w kontakcie z moimi Szkrabami, a nie to, co mi się siłą garnie na usta. Jak mówiłam wyżej, z zawodu jestem psychologiem (przechodziłam terapie i superwizje), więc wiedziałam, że standardowe – dostępne wszem i wobec – terapie sobie z tym nie poradzą. Dadzą poczucie, że się coś zrobiło, że ma się więcej kontroli lub świadomości, ale tego błędnego koła nie przerwą. Szukałam dalej i tak trafiłam tutaj: http://www.peakstates.com/ i tutaj: http://newdawn.pl/ 

 

Narzędzia w tych miejscach prezentowane są terapeutyczne i Klientów też prowadzi się procesem terapeutycznym. Kiedy zaczęłam ze sobą pracować tymi narzędziami, szybko zauważyłam zmianę. Choć jeśli mam być szczera to, to moje Dziecko zauważyło tę zmianę 🙂 Mój młodszy syn (jak pewnie każde dziecko) miał już rewelacyjnie opanowane strategie, jak to mnie wyprowadzić z równowagi 😉 Któregoś razu zaczął przechodzić przez ażurowe schody, przeciskał się pomiędzy stopniami i robił to na takiej wysokości, że groziło to wypadkiem lub jakąś tragedią. Normalnie dostałabym piany na usta i miałabym przed oczami wizje końca świata i wszystkich tragedii, które za sekundę mogą się wydarzyć. Tym razem po prostu do niego podeszłam, delikatnie i spokojnie wyciągnęłam go spomiędzy stopni, pocałowałam i poszłam kończyć rzecz, którą właśnie robiłam. Maluch przyglądał mi się w osłupieniu, a ja zupełnie niczego nie zauważyłam – dla mnie było tak, jakbym zachowywała się w ten sposób od urodzenia. Skoro pierwsza strategia nie podziałała, to minutę później mój Szkrab wspiął się na lodówkę. Nie pytaj jak, sama wciąż się zastanawiam, a on to po prostu potrafi 😉 Krzyczał, żebym przyszła i kiedy tylko pojawiłam się w drzwiach to zaczął zrzucać z lodówki kilka rzeczy, które sobie na tę okazję przygotował. I znowu, jakby nigdy nic, po prostu go z lodówki zdjęłam, pocałowałam, przytuliłam i wróciłam do swojej pracy. Zdezorientowany Maluch podszedł do swojej półki ze snakami, otworzył pudełka i zaczął po całej kuchni rozrzucać rodzynki, migdały, wafle i in. To kątem oka widziałam, więc – znów zupełnie i autentycznie spokojnie – podeszłam do niego, dotknęłam jego dłoni, a kiedy przestał rozsypywać, zaczęłam zbierać do pudełek to, co nadawało się do pozbierania i wyrzucać pozostałe. Zapytałam, czy mi pomoże i zdziwiłam się, że oniemiały siedzi na podłodze nie wykonując absolutnie żadnego ruchu. Po minucie lub dwóch dołączył do mnie i bez słowa skończyliśmy sprzątać. Po sprzątaniu skierowałam swoje kroki do pokoju, bo już naprawdę mi zależało, aby dokończyć pracę, którą Maluch mi skutecznie przerywał 😉 Tymczasem moje Szczęście, bez słowa i jak cień podążyło za mną. Na środku dywanu odezwał się w końcu: „mamo…”, więc się odwróciłam, „…przecież ja się niegrzecznie zachowuję”. I wtedy do mnie dotarło!

 

Zaczęłam baczniej przyglądać się sobie i sprawdzać, jak to jest, że po dokładnie jednej sesji i po zastosowaniu jednego (mini)narzędzia mam taki efekt. Gdzie tu efekt? Ja go definiuję najbardziej w tym, że zachowałam się drastycznie inaczej, niż zwyczajowo. Nie krzyknęłam, mimo, że przynajmniej dwa razy w tym ciągu sytuacji, mój syn znajdował się w sytuacji zagrożenia i „normalnie” byłabym wściekła. Zamiast tego zupełnie spokojnie zrobiłam to, co chciałam zrobić. Co więcej w tamtej sytuacji nie miałam zupełnie dostępu do moich starych i „chorych” sposobów zachowania. Było tak, jakby nigdy nie istniały. Jakbym ich zupełnie nie znała. Oczywiście miałam i wcześniej sytuacje, kiedy się powstrzymałam i „opanowana” zareagowałam tak, jak „powinnam”. Tym razem jednak to było coś zupełnie innego. Otóż w tej sytuacji po raz pierwszy w życiu, nie musiałam się opanowywać. Nie musiałam ze sobą wewnętrznie walczyć. W całości byłam sobą – spójną w każdym calu z tym, co i jak chcę zrobić. Było to dla mnie tak naturalne, że nie rozumiałam osłupienia mojego syna – on musiał być w ciężkim szoku 😉

 

A kiedy pracowałam z sobą dalej i szerzej, ten mój pierwszy efekt się tylko pogłębiał 😀 Mając taki postęp zaczęłam szukać sposobu, jak przełożyć narzędzia terapeutyczne na pracę coachingową. Czułam, że w Life Flow jest olbrzymi potencjał i chciałam go przekazać Klientom, z którymi pracowałam, jako coach. Jednocześnie chciałam, aby nadal uczestniczyli w coachingu, a nie w terapii.

 

Szybko w związku z tym wyselekcjonowałam te narzędzia, które w coachingu mają zastosowanie. Zmieniłam je tak, by mogły wspierać ludzi korzystających z coachingu. Opracowałam sobie strukturę sesji i procesu coachingowego i zaczęłam w ten sposób pracować z moimi Klientami. Część – za zgodą Klientów – testowałam, część wciąż rozwijałam, a część pozostawiłam w wyjściowej formie. Tak oto – dzięki pracy wielu ludzi i mojej coachingowej obróbce – powstał Life Flow Coaching,  z którego efektów w pracy z Klientami ja, jako coach, jestem zachwycona 😀

 

Po wdrożeniu Life Flow Coachingu, po pracy zgodnie z jego założeniami z Klientami, po obserwacji efektów sesji i po informacjach zwrotnych od Klientów, mogę powiedzieć, że mój zachwyt wciąż rośnie 😀 Jestem tak uskrzydlona całym procesem, podejściem, efektami, zmianą, którą ludzie dokonują, że chcę te narzędzia szerzyć dalej – uważam, że warto je ludziom dawać powszechnie tak, aby każdy, kto tylko ma gotowość mógł wypracować sobie szybko, bezboleśnie, trwale i głęboko, lepszą jakość życia 😀

 

Tak oto, w mojej przygodzie z Life Flow Coachingiem, doszłam do miejsca, w którym chcę się dzielić arkanami z innymi coachami. Chcę się dzielić wiedzą i umiejętnościami Life Flow Coachingu z Tobą 🙂 Pytanie tylko, czy będziesz miał odwagę, by z tego skorzystać 😉