jak być, Człowieku? jak być?

To moja druga odsłona z cyklu: odpowiadam na pytania różniaste. Tym razem przesyłam ukłon w kierunku Autora tego pytania:

„Czasem człowiek nie jest w tu i teraz bo np. planuje i skupia się na przyszłości, albo np. przewiduje w głowie różne scenariusze i się na nie przygotowuje. Albo, jeśli wie, że i tak nie będzie dobrze, to przynajmniej może się na to przygotować, żeby łatwiej mu było zaakceptować to, co i tak nastąpić musi (taki czas na nauczenie się akceptowania jest przecież dobry). Z tego wynika, że nie jest w ciele i w tu i teraz, ale jednak jest skuteczny. Działa i się przygotowuje. Kreuje przyszłość. Jak można mówić, że to jest trauma?”

Krótka odpowiedź na to pytanie, brzmi: po prostu – można 😉
Aby udzielić dłuższej, potrzebuję kilka rzeczy wyjściowo wyjaśnić.

 

Zacznę od tego, że kiedy pracuję z ludźmi oraz kiedy przypominam sobie siebie sprzed kilku lat, to widzę obraz, jak na zdjęciu powyżej. Większość ludzi na co dzień funkcjonuje w gonitwie myśli i uważa, że jest to stan naturalny i normalny. Przytaczanie tutaj wszystkich opowieści z tego gatunku, jakie do tej pory usłyszałam, pewnie dostarczyłoby materiału na opasłe tomiszcza. I sobie, i Tobie odpuszczę taką lekturę 😉 Przywołam jedynie skrótowo pewien, powtarzający się, standard. Może w którejś z poniższych opowieści, rozpoznasz kawałek siebie?

 

Co słyszę od Kowalskich, Malinowskich i Iksińskich? Np.

Trudno mi być w tu i teraz. Jak jestem w pracy, to już myślę o tym, co będę robić w domu, co jeszcze po drodze muszę załatwić itp. Jak już dotrę do domu, to się zastanawiam, czego nie skończyłam w pracy i co muszę w związku z tym zrobić jutro. Jak się na tym złapię, to sobie obiecuję, że jak już sobie w głowie ułożyłam, co zrobię w domu, to przynajmniej to zrealizuję tak, aby całą sobą to realizować. Chociażby po to, żeby nie mieć poczucia straconego czasu. Ale nawet, jak sobie coś takiego obiecam, to i tak kończy się na tym, że w domu produkuję się nad tym, co ma być w pracy. I tak całe życie…

 

Ja już dużo pracowałem nad tym, żeby być w tu i teraz. Potrafię wejść w taki stan. Czasem nawet udaje mi się go utrzymać przez kilka godzin. To co na pewno obserwuję, to to, że kosztuje mnie to bardzo dużo wysiłku. Muszę postawić sobie grubą tamę dla wszystkich myśli, które mogą mnie zalać. Czuję tę tamę i czuję nacisk wszystkich myśli, które się za nią kłębią, ale tak długo, jak tę tamę utrzymuję, to mogę się w pełni skupić na obecnej chwili lub na człowieku, z którym akurat jestem / pracuję. Problem polega na tym, że wiem – bo wielokrotnie to przetestowałem – że jak odpuszczę tamę (cały czas jej się utrzymać nie da), to wszystko, co jest za nią, mnie zaleje tak, że na kilka dni wpadam znowu w amok. Rzeczy się dzieją. Ja gdzieś w nich jestem, ale jestem pomiędzy. Biegnę za myślami, a każda ciągnie w inną stronę. Jak się bardzo skupię, to po czasie mogę odtworzyć, gdzie byłem i co robiłem np. we wtorek o 16.00 i mam jakby poczucie, że tam byłem. Prawda jest jednak taka, że w tamten wtorek o 16.00 to był tam mój amok, a ja gdzieś po drodze się gubiłem czekając na to, że dogonię siebie i znów będę mógł być.

 

Czasem mam poczucie, jakby moja głowa była siedliskiem, dla wszelkich śmieci. Gdyby myśli mogły żyć, to moja głowa, byłaby klatką dla tysiąca chomików, a każdy zapierdalałby we własnym kołowrotku. W tej klatce łaziłyby też muszki dojadające psujące się chomicze żarcie. I jak mnie czasem takie muszki-myśli oblezą, to z tego w ogóle trudno się wyrwać. Ja wówczas wpadam w ciąg martwienia się o wszystko i o wszystkich. Nie wiem, czy to ma szansę się kiedykolwiek skończyć. Za tymi muchami łaziłby wredny pająk; wściekły, że mu same w pajęczynę nie wpadają i zalewający tą wściekłością wszystkich dookoła (najbardziej oczywiście mnie). Do tego wszystkiego w tej klatce ktoś cały czas puszcza upierdliwą muzyczkę, jak z hipermarketu i na domiar złego co i rusz, ktoś się dobija z jakąś „reklamą” gadającą o tym, co jest dobre, co nie jest, co mi zaszkodzi, co pomoże. Czy wszyscy tak mają, czy tylko ja? Od tego na prawdę idzie zwariować…

 

Ja cały czas rozgrywam w głowie różne scenariusze… Jak mi coś z kimś nie poszło, to przez kilka następnych dni układam sobie, co bym mu powiedział, żeby mu aż w pięty poszło. Tylko, że to bez sensu, bo oczywiście sobie układam, co mogłem mu powiedzieć, ale życie się nie wróci. Dlatego później sobie układam, co mu powiem następnym razem, albo co mu w ogóle powiem, jak go spotkam. Do tego wszystkiego jeszcze sobie układam jakieś fikcyjne i wyobrażeniowe scenariusze, jak to np. mam zajebisty motor i wyrywam na niego laski (szczerze, to nie mam nawet prawka na motor), albo jak ratuję komuś życie i mówią o mnie w telewizji, a sąsiadka rzuca mi się na szyję i podejmuje, jak bohatera. Gdyby ktoś mi chciał za to zapłacić, to pewnie z tych wszystkich scenariuszy powstałoby kilka niezłych filmów. Tak naprawdę jednak to nie ma z nich żadnego pożytku, Może się na chwilę lepiej poczuję, ale później jest tylko gorzej, bo w życiu dalej jest, jak jest – wciąż nie mam ani motoru, ani prawka.

 

Jak mam coś zrobić, to najpierw muszę to dobrze zaplanować, więc obmyślam, co się może nie udać i co wówczas zrobić. Myślę też nad tym, co zrobić, żeby się udało. Wiadomo, że dobry plan musi zająć dużo czasu, ale czasem mnie męczy, że aż tak dużo. Często wracam do tego, co już zaplanowałem. Coś zmieniam. Coś reorganizuję. Coś robię od początku, albo w ogóle mi wychodzi, że pomysł był nie taki i to samo trzeba powtórzyć dla zupełnie nowego pomysłu. Jak się przygotowuję do ważnego spotkania, to oprócz tego, że mam dobrze rozpisane cele, to czasem jeszcze mam rozpisane takie drzewko, że np. jak mój rozmówca powie coś tam, to ja mu odpowiem takim argumentem, a jak powie coś innego to mam na to inny argument. Zrobienie takiego całego drzewka to jest bardzo dużo pracy i czasu, więc robię to tylko przed ważnymi spotkaniami. W innych przypadkach robię sobie po prostu listę różnych argumentów, które mogę użyć tak, żeby nic mnie nie mogło zaskoczyć.

czyżyk

Dzielę się wiedzą i doświadczeniem, bo pamiętam moment, kiedy po kilkunastu latach intensywnej pracy rozwojowej życie pokazało mi że tę olbrzymią pracę "transformacyjną", jaką zrobiłam, mogę sobie między bajki włożyć... Pamiętam frustrację, kiedy każdy atom mnie wrzeszczał, że chce zmiany, ale narzędzia okazywały się niewystarczające (a miałam ich na wtedy już całe mnóstwo). Tak trafiłam na Life Flow. Dziś się nim z Tobą dzielę, bo po sobie i Ludziach, z którymi pracuję, wiem, że warto :) Jeśli moja wiedza pomoże Tobie lub komuś innemu uniknąć takiego testu, jaki ja przeszłam, to choćby sama ta świadomość powoduje, że promienieję :D Ty też się ze mną podziel :D Napisz mi poniżej, co myślisz o tym artykule :) Co Ci pokazał? Jak Cię zaskoczył (a może wcale nie...)? Co było w nim dla Ciebie najbardziej ciekawe? Twój komentarz jest dla mnie istotny :D